Ulubiona sukienka Iwony
Iwona Szybka rekrutuje najlepszych pracowników na stanowiska kierownicze w międzynarodowych firmach. Gdyby przedstawić ją w środowisku wodnym, w którym jako żeglarka świetnie się czuje, można by powiedzieć, że jest skalarem między piraniami – z gracją manewruje w wodach konkurencyjnego rynku rekrutacji.

Gdy ją poznaliśmy, zaskoczyło nas, że zarządza firmą i negocjuje kontrakty, będąc jednocześnie tak delikatna i po prostu miła. Ale w przypadku Iwony nie ma sprzeczności. Wszystko układa się w spójną całość, płynącą jak spokojna rzeka: od mieszkania w wegetariańskiej komunie w Szwecji, przez wiele lat szukania własnej ścieżki i w końcu własny biznes rekrutacyjny, po ujarzmianie wiatru i fal na Mazurach, morzach i oceanach.



O DŁUGIM SZUKANIU WŁASNEJ ŚCIEŻKI


Jestem tu, gdzie jestem, dzięki otwartości na to, co spotyka mnie po drodze. Po studiach przez kilka lat miałam pracę od projektu do projektu: pracowałam w turystyce, w telewizji, byłam managerem zespołu rockowego. Ale zbieg okoliczności doprowadził mnie tu, gdzie jestem, a ja byłam otwarta na to, żeby nauczyć się zawodu, praktykując go.

Po studiach miałam potrzebę poznawania, dotykania, szukania ścieżki. Podróżowałam: przez kilka lat mieszkałam w Londynie, w Hiszpanii, w Grecji. Pozwalałam sobie na nie podejmowanie ostatecznej decyzji. Moi znajomi szli do pracy w korporacjach, które właśnie pojawiały się w Polsce, i nikt nie rozumiał, że można nie mieć stałego zawodu.

Ja miałam plan: nauczyć się języków, zanurzyć w odmiennych kulturach, poznać świat. Nie zastanawiałam się długo nad decyzjami, które do niego pasowały. Żeby pojechać do Londynu, musiałam przerwać studia. Był rok 1989. Obowiązywały jeszcze wizy, nie było tanich linii lotniczych ani łatwej komunikacji. Trzeba było zdobyć paszport, opłacić wizę i szkołę z góry, mieć rezerwację w hotelu. W Londynie rano chodziłam do szkoły i uczyłam się angielskiego, a po południu pracowałam w restauracji jako kelnerka. Wymagało to dużej determinacji, ale  wtedy przyszło mi całkiem naturalnie, bo było w zgodzie z tym, czego bardzo chciałam.

Do Hiszpanii też pojechałam po język. Chciałam nauczyć się hiszpańskiego, więc zdałam egzamin na pilota wycieczek i znalazłam pracę jako przewodniczka wycieczek z Polski.  Później zaproponowano mi inną pracę, na Cykladach. Decyzję podjęłam błyskawicznie. Spakowałam się, wróciłam do Polski zobaczyć się z rodziną i pojechałam na pół roku na wyspę Mykonos.

Mama miała wielki wpływ na moje decyzje – ale dlatego, że zniechęcała mnie do wielu wyborów. Z troski o mnie odradzała wyjazdy w świat. To tylko utwierdzało mnie w chęci eksperymentowania. Później dowiedziałam się, że jest coś takiego jak coaching negatywny, który ma dużo większą siłę niż pozytywny. Siła powstrzymująca często jest największym motorem napędowym. Ja miałam taki coaching negatywny od mamy, a więc dzięki niej zdobyłam się na większą śmiałość.

W każdym momencie życia, a zwłaszcza na początku kariery, warto odwoływać się do głosu wewnętrznego. Później ten głos jest zwykle zagłuszany.



Każdemu życzę wykorzystania momentu, kiedy można postępować tak, jak się czuje, nawet pod prąd wszystkim radom.

Iwona w marynarce San Sebastian, spodniach Ibiza i bluzce Oksfordce



O ZAŁOŻENIU WŁASNEJ FIRMY


Jednym z moich zleceń było wspieranie językowe kancelarii obsługującej firmy wchodzące do Polski. Miał to być projekt kilkumiesięczny; później planowałam znowu wyjechać. Ale Tesco, które otwierało oddział w Warszawie, poprosiło o pomoc w rekrutacji. Podjęłam się tego zadania i bardzo mi się ono spodobało. Znalazłam pierwszego asystenta, później managera, potem kolejnych. Przez trzy lata rekrutowałam tylko dla Tesco. Używałam raczej zdrowego rozsądku niż wyuczonej wiedzy. Zresztą w latach 90. nie było na rynku rekruterów, nie było szkół dla headhunterów. W czasach transformacji wiedza absolwentów nie przystawała do potrzeb rynku, podobnie jak teraz. Na szczęście zbieg okoliczności skierował mnie na ścieżkę, która bardzo mi się spodobała. Odkryłam siebie w trakcie wykonywania zawodu rekrutera. I założyłam firmę.

Nie miałam doświadczenia w zarządzaniu. Wszystko oparłam więc na zdrowym rozsądku i entuzjazmie. Weszłam na tę ścieżkę niepewnie, ale dobrałam świetny zespół. Największą przyjemność z kilkunastu lat prowadzenia firmy sprawia mi to, że przyciągam właściwe osoby. Wszyscy pracujący ze mną wyznają podobne wartości i postawy, i to jest podstawowy łącznik miedzy nami.

Widzę siebie jako konsultantkę, ekspertkę, a nie szefową zarządzającą zespołem.


Iwona ma na sobie sukienkę Sekwanę



O PRACY Z HISZPANAMI

Od kilkunastu lat prowadzę rekrutacje dla firm hiszpańskich. Uważam, że klimat przekłada się na sposób pracy, terminowość, punktualność. Podczas rekrutacji dla Hiszpanów zawsze pytamy, czy kandydaci mają doświadczenie w pracy z tą kulturą. Ktoś bez znajomości  hiszpańskiej mentalności męczyłby się w pracy z Hiszpanami. Hiszpański styl pracy różni się od amerykańskiego, niemieckiego, skandynawskiego. Ważne jest budowanie relacji. Wiele ustala się słownie. Nie na wszystko potrzeba pisemnej umowy, a jeśli jest umowa, to niezbyt precyzyjna. U nas umowa potrafi mieć kilkanaście stron, a w Hiszpanii dwie. A jeśli umawiamy się na spotkanie z Hiszpanami, margines spóźnienia wynosi godzinę. Przyjście godzinę później, zwłaszcza w sytuacjach towarzyskich, nie jest spóźnieniem. Nie należy się przywiązywać do tego, że coś raz ustalono. Wszystko po to, by później nie mieć związanych rąk.

Wynika to pewnie z klimatu: w Polsce mamy we krwi przygotowywanie się na ciężką zimę. Hiszpanie nie muszą martwić się o klimat, więc mogą przesunąć wiele spraw na później. Polacy zwykle wolą skandynawski styl pracy, ale czas wolny chcą spędzać z południowcami.

Praca z Hiszpanami to mieszanie pracy i życia towarzyskiego: na spotkaniu biznesowym najpierw godzinę rozmawia się o przyjemnościach, a w pięć minut zamyka interesy.



O NAJPRZYJEMNIEJSZYCH MOMENTACH REKRUTACJI


W rekrutowaniu lubię interakcję między dwiema osobami. Zabieramy się nawzajem w podróż. Powoli, od pierwszego kontaktu z kandydatem, uczymy się siebie nawzajem. Nasłuchujemy, jak kto reaguje, odpowiada, czy jest terminowy, czy wysyła maila, jak obiecał. Zwracamy uwagę na punktualność, na to, czy motywacja rośnie czy maleje. Z każdym kandydatem historia zaczyna się od nowa.

W pracy wykorzystuję swoje naturalne predyspozycje do obserwacji, wyciągania wniosków i kojarzenia osób i projektów. Lubię być łącznikiem.



O ŻAGLACH I ODDAWANIU STERU


Kocham żagle: wiatr we włosach, świeże powietrze, wodę, przestrzeń, wolność. Moja miłość do wody zaczęła się przypadkowo. Współpracowałam z firmą informatyczną z Węgorzewa, która zaprosiła mnie na żagle. Kiedy pierwszy raz byłam na łódce, wiało 4-5 w skali Bouforta, silny wiatr. Mieliśmy świetnego sternika, który postawił łódkę na największym możliwym przechyle. Myślałam, że prawa fizyki na to nie pozwalają. Czułam przerażenie połączone z ciekawością.

Najwyraźniej albo miałam połknąć bakcyla od razu, albo nigdy nie wsiąść na łódkę. Teraz co drugi weekend spędzam na żaglach. Razem z przyjaciółką zrobiłyśmy patent żeglarza. Na początku myślałam, że na morzu sobie nie poradzę, ale zdałam też egzamin na sternika, przepływając nocą z Juraty na Hel. Potem Chorwacja, Baleary, Cyklady, wkrótce Wyspy Kanaryjskie, a więc po raz pierwszy ocean. Oswoiłam się z morzem. Zrobiłam już ponad 1000 mil. Chociaż mimo uprawnień sternika na jachcie jestem bardziej załogantem. Bardzo mi to odpowiada.

Wystarczy, że zarządzam własną firmą, na żaglach chcę komu innemu powierzyć odpowiedzialność za załogę.

To ciekawe, jak na żaglach ludzie szybko się weryfikują. W tydzień można poznać na wylot kogoś, kogo nie poznałoby się przez rok. W czasie rekrutacji, zamiast testów kompetencyjnych, można by zabrać kandydata w rejs. Zawsze mamy określony podział obowiązków: kto robi zakupy, kto ma dyżur kuchenny, kto ma wachtę dzienną, a kto nocną. To wysiłek zespołowy, zupełnie jak w pracy. Tworzy się wspólnota i jeśli ktoś nie chce się zaangażować, zaczyna odstawać od grupy. Rzeczywistość weryfikuje umiejętności i intencje.

Jeśli ktoś czegoś nie umie na jachcie, to lepiej, żeby się do tego przyznał sam. Kiedyś pod koniec dnia na morzu późno w nocy mieliśmy silny, odpychający wiatr, wszyscy byli zmęczeni, padał deszcz. Przed nami było jedno podejście, czyli jedna szansa na zacumowanie. Kolega dostał od sternika komendę, żeby przygotował cumę w konkretny, potrzebny w tamtych warunkach sposób. Miał potwierdzić, czy ją przygotował. Potwierdził. Niestety nie było to prawdą, nie przygotował jej, bo nie umiał. Manewr się nie udał, bo cuma nie była gotowa. Musieliśmy odchodzić, żeby ponownie spróbować. Kolega zaryzykował czas i bezpieczeństwo całej załogi. Lepiej się przyznać, że jest się w czymś słabym.
Podobnie jest w rekrutacji. Nawet jeśli ktoś prezentuje się z jak najlepszej strony, rzeczywistość go zweryfikuje. To w interesie kandydata jest dać się naprawdę poznać. Jesteśmy adwokatem, a nie przeciwnikiem. Pracujemy na wspólny cel: owocne spotkanie dwóch stron. Dlatego potrzebujemy szczerości i zaufania. Jeśli stanowisko nie jest dla kandydata, a kandydat dla stanowiska, to nie ma sensu kontynuować wspólnej podróży. Zwłaszcza że ręczymy za każdą zatrudnioną osobę, chcemy więc zarekomendować kandydata z pełnym przekonaniem. Jeśli ktoś nie przedstawił siebie wiarygodnie, czas to zweryfikuje, ale ślad zostaje u nas, u klienta, w branży. Bardzo ważne jest więc, żeby otworzyć się przed rekruterem i pokazać z każdej strony. Także z tej słabszej.


Iwona w sukience Selmie w kolorze camel.



O SZWECJI I WEGETARIANIZMIE


Jestem wegetarianką od 1990 roku. Podobnie jak z wieloma rzeczami w moim życiu, i tu zadecydował impuls, który popchnął kolejne kostki domina. Z trójką przyjaciół mieliśmy praktyki na drugim roku kierunku Żywienie Człowieka. To był PRL. Ciągnęło nas za granicę, ale w tamtych czasach nie było możliwości wyjazdu. Podśmiewano się z naszych zamiarów. Ale uparliśmy się. Wpadliśmy na karkołomny pomysł: od wszystkich znajomych zbieraliśmy opakowania żywności z paczek: po czekoladzie, gumie do żucia, orzeszkach ziemnych. Spisywaliśmy z nich adresy producentów i wysyłaliśmy do nich grzeczne listy, że chcemy odbyć u nich miesięczną, bezpłatną praktykę. Wysłaliśmy setkę listów we wszystkie strony świata: do koncernów typu Nestle czy Coca-cola i do małych firm.

W końcu dostaliśmy pozytywną odpowiedź od szwedzkiej firmy ciastkarskiej, która poleciła nas swojemu dostawcy jabłek. Po wielu machinacjach – bilet na wycieczkę do Wiednia, na tej podstawie paszport, dwudniowa społeczna kolejka po wizę, list polecający od rektora, zawiła trasa do Szwecji – pojechaliśmy do sortowni jabłek. W miesiąc zarobiliśmy 1000 dolarów, a maluch kosztował 750. Odtąd jeździliśmy tam w każde wakacje. Potem za te odłożone pieniądze pojechałam do Londynu uczyć się angielskiego wbrew mamie.

W Szwecji poznaliśmy wegetarian, którzy mieszkali w komunie, piekli sami chleb, ubierali się w second-handach. Żyli poza systemem, zarabiając minimum ustawowe, od którego można było nie płacić podatku. Zamieszkaliśmy u nich. Tak więc miesiąc byliśmy karmieni przez wegetarian. A gotowali pysznie. Konserwy zostały w plecakach, a my przez miesiąc jedliśmy jedzenie wegetariańskie: meksykańskie, hinduskie, z różnych stron świata. Po powrocie do Polski nie zamierzałam wracać do dawnego sposobu odżywiania się. Jednak mama powiedziała „nie”. Przez pierwszy rok byłam więc wegetarianką 5 dni w tygodniu, a w weekend jadłam schabowego. Pracę magisterską napisałam po to, żeby naukowo udowodnić, że nie robię sobie wegetarianizmem krzywdy.

Podobnie jak często w moim życiu, to nie była rewolucja, tylko raczej podążanie za tym, co było dla mnie naturalne. Proces, a nie jednorazowa decyzja.


Iwona ma na sobie sukienkę Amelię.



O ZMIANIE STYLU


Kiedy założyłam firmę, miałam ponad 30 lat, a wyglądałam na dwadzieścia kilka. Próbowałam się więc ubiorem trochę postarzyć i nadać sobie powagi. Nie miałam żadnej sukienki, nosiłam za to dużo obszernych spodni. Miałam ich mnóstwo. Chodziłam przecież na spotkania negocjacyjne z mężczyznami i nie chciałam podkreślać swojej kobiecości. Na spotkaniach przez pierwsze pół godziny stawałam na głowie, żeby uznano mój wkład merytoryczny, a mnie traktowano na równi. Przekonywałam wszystkich, że jestem doświadczona. Mój młody wiek często stawał się tematem rozmowy, co nie było po mojej myśli. Potem doszłam do wniosku, że jeśli partner uznaje mnie za słabszą w rozmowie, to jest to moja przewaga. Jeśli nie widzi we mnie rywala, słabnie jego waleczność.

Z czasem uznałam, że nie muszę nikomu udowadniać, że jestem partnerem do rozmowy.

Pewnego razu jedna z moich pracowniczek przyszła do pracy w sukience Beaty Cupriak: czarnej z białymi wypustkami. Potrzebowałam wtedy akurat czegoś na ważne spotkanie, poszłam więc do sklepu na Żelaznej w Warszawie. Ekspedientka przyniosła mi ołówkową sukienkę Beaty Cupriak, szytą jak na mnie. Byłam zachwycona, ale wahałam się, czy iść w dopasowanej sukience na spotkanie biznesowe. Do tej pory wyglądałam przecież zupełnie inaczej. Ale odważyłam się. Tak się zaczęła moja zmiana. Ta sukienka towarzyszyła mi przez kolejne lata.

Myślę o tym w ten sposób: pracuję w biznesie w mieszanym towarzystwie. Nie będę ukrywać, że jestem kobietą, ale nie będę też tego eksponować nieadekwatnie do spotkania. W sukience w groszki nie pójdę na negocjacje, ale na networking już tak.

Najbardziej lubię chodzić w ołówkowych sukienkach do kolan. Szukam rzeczy dopasowanych na styku ciała, nie przy samym ciele. Ubranie musi podkreślać kształt sylwetki, a nie opinać. Kiedy moja mama była w wieku, w którym ja teraz jestem, nosiła garsonki z krempliny. W Londynie w latach 90. poznałam panie, które nosiły się młodzieżowo: skóry, dżinsy... Był to dla mnie, przybyszki ze Wschodu, duży kontrast z tym, co widziałam u nas. Pomyślałam wtedy, że w wieku 50 lat będę ubierała się raczej jak moja mama. Ale tak się nie stało.

Rozmawiała Marta Kitowska, która w pracowni zajmuje się komunikacją

ZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapisz